Dom-praca-dom (Sosnowiec - Katowice Piotrowice-Sosnowiec). Moc powraca :) R.I.P Schwalbe Smart Sam 13,5k km

Poniedziałek, 22 sierpnia 2011 · Komentarze(6)
Kategoria Praca
Nie wiem czy to zasługa porządnego śniadania (w końcu wczoraj kupiłem dżemy z Lidla), ale dzisiaj kręciło się lekko i przyjemnie. Nawet udało się trochę pomłynkować jak za dawnych czasów.

Przejazd w stronę pracy: DST: 23.95km TIME: 0:48:51 AVG:29.41km/h MAX: 53.87km/h

Dzisiaj powrót trochę się wydłużył, najpierw do Lidla w Piotrowicach po rowerowe akcesoria (kupiłem licznik Crivit - mam plan pt. pomiar kadencji i koszulkę - zawszę się przyda jako awaryjna). Niestety dzisiaj czas moich Smart Samów się skończył, przejechały razem ze mną 13,5k km. Stojąc na przejeździe kolejowym niedaleko pracy zauważyłem, że w tylnym kapciu mam przecięty balon, widać kawałek dętki za linią cięcia. Postanowiłem połazić po rowerowych, najpierw po drodze w Mysłowicach (mają tylko MAXXIS Crossmark), później Kellys w centrum Sosnowca - nic konkretnego na sklepie nie ma, gostek podzwoni i ustali ceny - miał tylko Kendy Karma 2.0 w drucie - 1szt), odwiedziłem też plastry miodu (tam również polecają Crossmark-i, Harddrivy i coś jeszcze z MAXXIS-a i mają Schwalbe Rocket Rony zwijane za 114zł). Oszołoma z MK Bike-a nie odwiedziłem bo pewnie bym wyszedł z parą kapitanów Speca :). Mam mętlik w głowie, muszę przemyśleć zakup nowych kapci. Tymczasem na tył dzisiaj zawędruje KENDA za 11zł :)

Wypad na Mirów - szlakiem okolicznych zamków.

Sobota, 20 sierpnia 2011 · Komentarze(2)
Kategoria 101-200km
Jacek w wątku Sosnowieckim zaproponował w sobotę leniwe kręcenie umiarkowanym tempem po asfaltach w kierunku zamku w Mirowie. W weekend nie miałem zamiaru się forsować ze względu na kontuzję więc taki rodzaj wycieczki mi jak najbardziej odpowiadał. Umówiliśmy się na ustawkę na Pogorii III w okolicach molo (musiałem zrobić fotkę bo nie miałem okazji podziwiać po wybudowaniu). Jak dotarłem na miejsce Krzychu już tam grzał ławę, a obok stał jego nowy sprzęt, którym śmiga w zastępstwie za Kross-a w którym to załatwił ramę - a mowa tu o jasnozielonej Meridzie Matts Whitewater (niestety mocno wyeksploatowanej). Krzychu na wstępie zaznaczył, że dziś też nie zamierza szaleć bo jego maszyna może się rozlecieć i ma trochę ograniczony zakres przełożeń bo z przodu na korbie do jazdy nadaję się środkowa tarcza a z tyłu od 3 w górę ze względu na przerzutkę romantycznie tulącą się do szprych pod kątem 45 stopni :). Niedługo później zjawił się Jacek, to właściwie nasza pierwsza wspólna jazda. Poczekaliśmy 10 min na ew. spóźnialskich, w międzyczasie pojawił się szwagier Jacka - Sławek. Ruszyliśmy za wskazaniem GPS i tu od razu ZONK. Wjazd w ślepą uliczkę kończącą się bramą zakładową.Po weryfikacji okazało się, że mamy nie ten Mirów co trzeba ustawiony za cel oddalony o 180km :) Po małym gmeraniu w nawigacji i internecie udało się obrać właściwy cel wyprawy. Ruszyliśmy asfaltami w kierunku Bobolic. W okolicach Ząbkowic na zjedzie Sławek mocno przyhamował, ja za nim - niestety Jacek nie miał na tyle szerokich kapci, żeby tak skutecznie wytracić prędkość i przeszorował mi tylne koło (sam jak się później okazało otrzymał w wyniku starcia pamiątkowy szlif na goleni widelca od mojej tylnej tarczy). Dalej trasa wiodła ładnym asfaltem przez pomniejsze miejscowości do Zawiercia, stamtąd trochę kręcenia i niedługo dojechaliśmy do Bobolic. Później ruszyliśmy za szlakiem, po drodze trochę terenu z kamieniami i piachami. Na zamku w Bobolicach pamiątkowe fotki, pierwszy większy posiłek i pomysł na dalszy etap. Ruszyliśmy na kolejny zameczek w Mirowie, później na jeziorko w Poraju (ominięte podczas wycieczki w zeszłym tygodniu ze względu na mało czasu do pociągu, tam też zakupiliśmy z Krzychem suszone śliwki i uzupełniliśmy bukłaki). Powrót przez Myszków, Siewierz (tu znowu odwiedziliśmy kolejny zamek), Wojkowice, Pogorię IV (na rozjeździe pożegnaliśmy się z Jackiem i Sławkiem), Pogorię III, Reden (tu Krzychu odbił na Strzemieszyce), dalej samotnie przez Aleje Róż, później Braci Mieroszewskich w kierunku Zagórza.


Fotki z wypadu

Dom-praca-dom (Sosnowiec - Katowice Piotrowice-Sosnowiec)

Piątek, 19 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Praca
Dzisiaj wstałem trochę później niż zwykle. Późniejsze wyjście z domu zmusiło mnie do nadrabiania w trasie do pracy, niestety plecy dają o sobie znać przy szybkim młynku. Ewentualny wypad w weekend tylko po asfaltach.

Przejazd w stronę pracy: DST:23.9km, TIME:0:49:32, AVG: 28.96km/h, MAX: 55.85km/h

Dom-praca-dom (Sosnowiec - Katowice Piotrowice-Sosnowiec)+ odwiedziny 2 sklepów rowerowych.

Środa, 17 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria Praca
Przejazd w stronę pracy: DST 23.99km, TIME: 0:57:43, AVG: 23.95km/h MAX: 53.27km/h
W rowerowych poszukiwanie zacisku na sztyce 27.2 z wajchą do zamykania a nie na imbus :). W jednym nie mieli w drugim w Mysłowicach polecanym przez Krzyśka dostałem całkiem przyzwoity z Authora.

Wypad na Olsztyn k. Częstochowy

Poniedziałek, 15 sierpnia 2011 · Komentarze(3)
Kategoria 101-200km
Wypad w składzie Krzyśki i moja skromna osoba. Trasa przez okoliczne wioski w pobliżu Dąbrowy Górniczej, Siewierz, Myszków, Złoty Potok. W jakimś otwartym sklepie spożywczym pod Siewierzem po kolejnej salwie śmiechu rozbolały mnie znów plecy (naciągnął się jakiś mięsień lub mam jakieś żebro poobijane po ostatnim wypadku). Ból nie opuszczał mnie do końca trasy. Spod Złotego ruszyliśmy czerwonym szlakiem rowerowym na Olsztyn k. Częstochowy. Tam zaliczyłem glebę na zjedzie (nie dałem rady dźwignąć kiery i przód zamulił się w sypkim piasku). Właściwie to nie była poważna gleba, ale wtedy plecy ponownie dostały i ból dodatkowo się nasilił. Myślałem, że nie dam rady się dokulać nawet do najbliższej stacji PKP. Ruszyliśmy dalej terenem w ślad za szlakiem rowerowym. W Olsztynie wjazd na zamek (skroili mnie na wejściu - 3,5zł ), zrobiliśmy pamiątkowe fotki i trochę tam się pokręciliśmy. Po powrocie na rynek w Olsztynie małe zakupy pod sklepem i ruszyliśmy jak nam się zdawało we właściwym kierunku na Poraj. Niestety tylko się nam zdawało. Szybka decyzja powrotu przez poboczną miejscowość, na moje nieszczęście znów terenem gdzie czułem każdy korzeń i kamień pod kołem. Jakoś udało dostać się na Poraj. Tam zapakowaliśmy się w pociąg na Sosnowiec. W pociągu trochu bikerów się zgromadziło, ścisk taki, że początkową trasę przestaliśmy na korytarzu. W dodatku ludzie się cisnęli z nami zamiast wejść do przedziału pasażerskiego. Po jakimś czasie w przedziale przeznaczonym dla rowerów zwolniło się miejsce. Z Sosnowca ruszyliśmy przez Park Sielecki i główną trasą na Zagórze. Tam się pożegnaliśmy. Następny trip pewnie dopiero w kolejny weekend (prawdopodobnie góry - jak wydobrzeje to pojadę). Jutro niestety do pracy (plus taki, że nie padało i nie trzeba będzie roweru czyścić).




Fotki z wyprawy

Leniwe kręcenie na Dorotkę. Beton w lagach Tory - czyli głupawka jak w Ogrodzieńcu pod budą.

Niedziela, 14 sierpnia 2011 · Komentarze(0)
Kategoria <50km
Po wczorajszym tripie dzisiaj odezwał się Krzychu, że chce zrobić jakaś lajtową trasę żeby nie pozwolić zastać się mięśniom. Umówiliśmy się na 16:30. Po obiedzie wziąłem się za czyszczenie roweru (ojciec zaglądając rano do "garażu" - kanciapy stwierdził, że mój rower wygląda jak po wojnie :) ). Istotnie wczoraj toczyła się walka z podjazdami i czasem. Niestety trochę rozgrzebałem robotę bo postanowiłem zrobić porządnego szejka (wstrząśnięty, nie mieszany łańcuch w benzynce ekstrakcyjnej), wyczyścić kasetę oraz blaty (cieplutka woda z proszkiem do prania) i odchamić rower (zdjąć pokrywającą go warstwę błota). Krzysiek zabrał drugiego Krzyśka (Kysu) i zadzwonił koło 16:30, że koczują już pod moim blokiem na ławce. Cóż nie miałem wyboru jak zacząć szybko w szaleńczym tempie składać. Po 20 minutach byłem gotowy, po małym smarowaniu łańcucha przecinakiem do pilarek ruszyliśmy w kierunku Dorotki na Grodźcu za Będzinem. Tym razem prowadziłem ja, malowniczą trasą asfaltami, gdzie dziura zajmuje więcej powierzchni niż droga nieopodal najdroższego hotelu w Sosnowcu, gdzie zawsze dowiozą niebieską taryfą jeżeli się uzbiera ponad 3 promile :D. Po objechaniu centrum Będzina i okolic zamku, zjeżdżając z "nerki" koło targu ruszyliśmy na Grodziec leniwie kulając się pod górę. W dodatku w rowerze Krzycha tylna piasta domagała się wjazdu w teren ( hałasowała jak co najmniej 2 Ukrainy na kamienistym zjeździe). Oczekiwania zostały poniekąd zaspokojone. Po wjechaniu na szczyt Dorotki (nie byłem tam ze 3 lata, wtedy podjazd wydawał mi się męczący dzisiaj nie zauważyłem nawet kiedy znalazłem się na szczycie :) ) pojechaliśmy obczaić trasę DH. Wydawało nam się, że będzie tam większy hardcore. Zjechaliśmy tamtejszą ścieżką w dół (zjazd podobny jak na otwartym treningu MTB), potem małe prowadzenie rowerków na szczyt po kamienistym podjeździe. U góry pod kapliczką na Dorocie spożyliśmy posiłek i wtedy ona przyszła niespodziewanie, podobnie jak w Ogrodzieńcu pod budą. Chodzi oczywiście o głupawkę :). Chichów i śmichów nie było końca. Moje plecy mnie znów zaczęły boleć od tych niekontrolowanych skurczów mięśni brzucha, w drodze powrotnej to samo, na MEC-u również. Dawno się tyle nie uśmiałem. Pożegnawszy się uzgodniliśmy wstępne plany na jutrzejszą grubszą wyprawę (Złoty Potok lub nawet dalej Olsztyn k. Cz-wy)


Reszta fotek

Wyjazd poza granice kraju - czyli jak zostałem ojcem :) ( Sosnowiec - Czeski Cieszyn)

Sobota, 13 sierpnia 2011 · Komentarze(6)
Kategoria >200 km
Prognozy pogody na dzisiejszy ranek nie były przychylne, ok. godz 6:00 podjechałem na plac celem zebrania ekipy z Sosnowca na wspólne kręcenie 200km do Wisły przez Cieszyn wraz z kolegami z forum z Katowic i okolic. Po zebraniu się nadwyraz licznego grona w składzie Krzysiek (Krzychu22), Damian (Doms),Łukasz (Novszy) oraz moja skromna osoba udaliśmy się na ustalone miejsce spotkania - drewutnie przy ulicy 73PP w Katowicach. Trasa standardowo przez Dańdówkę -> Niwkę -> Mysłowice -> Giszowiec i wjazd w tamtejsze lasy w okolicy stawu Janina minęła w miarę sprawnie. Ból pleców po niedawnym wypadku nie dokuczał aż tak bardzo więc postanowiłem również zaatakować ten dystans. Na miejscu spotkania przybyliśmy w regulaminowym czasie. Koledzy z Katowic skłamali na temat osiągalnych średnich prędkości i ruszyli jak przecinaki w giszowski las w kierunku spotkania z czerwonym szlakiem rowerowym na Pszczynę kręcąc jeszcze szybciej w terenie niż na asfaltach. Dalsza trasa obejmowała takie tereny jak Podlesie, Tychy, okolice Paprocan. Później przemknęliśmy dziurawym asfaltem na Pszczynę. W Pszczynie na rynku pierwszy postój i zarazem serwis (Grzegorz złapał flapka z przodu na szkle). Po spożyciu posiłku ruszyliśmy w stronę Zalewu w Goczałkowicach. Stamtąd rozpoczynał się rowerowy szlak na Cieszyn (99km) którym ruszyliśmy. Po krótkim kręceniu okazało się, że wiedzie on przez Bielsko (trochę naokoło). Po szybkiej naradzie pod wiejskim sklepem gdzieś na trasie szlaku ruszyliśmy w kierunku Skoczowa, by później przez Ustroń dostać się do Wisły. Po drodze tym razem ja zaliczyłem flapka z tyłu (moje Samy coraz częściej łapią kapcie bo są już trochę wyciorane - 13k km przebiegu ale klocki jeszcze są :). Po szybkim serwisie pomknęliśmy po szutrach wzdłuż Wisły, później slalom w korku ulicznym na Wiślance i małe zakupy w Biedronce. W Wiśle pod amfiteatrem stuknęło w sumie ponad 110km trasy. Chłopaki mieli już dość na dzisiaj, my z Krzychem postanowiliśmy uderzyć dalej do Cieszyna a później zdecydować co robimy. Postanowiliśmy ruszyć za czerwonym szlakiem uprzednio pożyczając mapę od Damiana (pamięta chyba czasy dziadka). Mijając się na drodze Grzegorz kiwnął nam gdzie mamy jechać. Był tam faktycznie czerwony szlak ale chyba prowadził w inną stroną. Po krótkim stromym asfaltowym podjeździe rozpoczął się prawdziwy górski teren. Ze względu na moje obolałe plecy postanowiliśmy jednak się zawrócić (to tutaj padł Vmax dzisiejszej trasy, taka asfaltowa stromizna rozbujała moją maszynę do zawrotnej prędkości 73km/h - prawie wypadłem z zakrętu). Postanowiliśmy uderzyć na Cieszyn jadąc przez Ustroń (wróciliśmy się tym samym szlakiem rowerowym którym przyjechaliśmy na Wisłę). Nagle odnalazł się poszukiwany czerwony na Cieszyn (drogowskaz twierdził nieubłaganie że jest tam 33km). Nie chcąc błądzić ruszyliśmy w ślad za czerwonym, zrobiliśmy wspomniany w wątku wyjazdowym przez Tomciox podjazd pod Leszną Górną w rasowym górskim terenie, później trochę zjazdów i podjazdów (Dzięgolów, Puńców) i wylądowaliśmy w Cieszynie. Tam przekroczyliśmy granicę naszego kraju i wjechaliśmy do Czech. Powrót z Cieszyna głowną drogą przez Bażanowice, Goleszów. Tam po telefonie do Krzyśka (Kysu)ustaliliśmy, że jest pociąg powrotny do Katowic ze Skoczowa. W Skoczowie stuknęło nam 175km na licznikach. Wsiedliśmy w pociąg do pierwszego wagonu, konduktor długo nie podchodził - Krzychu poszedł do niego żeby dać znać, że chcemy kupić bilet żeby nie było jaj. W okolicach Pszczyny w końcu się zjawił. I tu naprawdę miła niespodzianka i gest z jego strony. Po krótkiej rozmowie jaki dystans zrobiliśmy (w ogóle to strasznie biednie wyglądaliśmy umorusani cali w błocie, a nasze rowery nie lepiej - nawet zostaliśmy poczęstowani ciastem domowej roboty przez jedną ze starszych Pań) wydrukował nam bilety jak się okazało nie ze Skoczowa tylko z Goczałkowic, w dodatku w jakiejś ultra taniej taryfie rodzinnej :) co kosztowało nas z rowerami do Katowic zawrotną sumę 13 zł na 2 osoby - pozdrawiamy Pana konduktora może przegląda bikestats-a. Tak oto chcąc nie chcąc zostałem ojcem :). Powrót z Katowic Piotrowic już w nocy przy świetle mojego oświetlacza na diodzie Cree nie sprawił nam kłopotu. Tu dokręciliśmy brakujące km do pełnego dystansu 200km. Pożegnaliśmy się w Sosnowcu Klimontowie pod komendą.






Fotki z wyprawy

Wieczorna wycieczka z Krzyśkami na zjazd w Siemianowicach. Rest in peace UVEX.

Wtorek, 9 sierpnia 2011 · Komentarze(11)
Kategoria <50km
Dzisiaj po popołudniowej drzemce zadzwonił do mnie Krzychu z pytaniem za ile mogę się zebrać na rower. Szybko sprawdziłem stan wysuszenia stroju rowerowego oraz butów i umówiliśmy się za 30min. W międzyczasie zmieniłem wyjeżdżony w górach łańcuch na inny (krótszy) z zestawu 3. Po wczorajszych szaleństwach na prostej z Płoków i Bukowna na Sosinę moje lewe kolano dało o sobie znać co odczułem dzisiaj na podjazdach. Na szczęście ból nie jest duży i mam nadzieje że do weekendu przejdzie. Po spotkaniu na Porąbce pojechaliśmy w stronę Czeladzi przez Kukułki, Wawel i później ślimakiem na Grota. W pewnym momencie zjechaliśmy w teren (zauważyłem że nawet ktoś tam jakieś ścieżki wytyczył). Krzychu doprowadził nas do hardcorowego zjazdu którego wcześniej objechał bez trzymania zaciśniętych klamek. Z początku mieliśmy obawy co do zjadu więc Krzysiek ruszył pierwszy z lekkim hamowaniem zjechał w dół, za nim drugi Krzysiek (Kysu) i w końcu ja. Po przejechaniu początkowej części i stwierdzeniu że na zjeździe nie ma większych nierówności puściłem klamki i pognałem w dół. Na dole zarzuciło mnie momentalnie na mokrym piachu. Nie pamiętam nawet kiedy się wypiąłem z SPD i znalazłem na ziemi. Podobno wyglądało to trochę hardcorowo. Z obrażeń obite i obolałe plecy, całość uderzenia przejął bukłak :) i lekko rozcięta skóra pod okiem. Niestety przy uderzeniu głową w glebę ucierpiał kask. Ale sprawdza się stare porzekadło: Lepiej mieć i żeby nie był potrzebny, niż nie mieć kiedy jest potrzebny :). Jednym słowem R.I.P UVEX - a wieczorkiem przejże czy mają jakiś replacement program :)



Sprawca całego zamieszania tytułowy siemianowicki zjazd


UPDATE: Wygląda na to że nie ma programu crash replacement :( Pewnie wystarczająca gratyfikacją były dołączone przy zakupie kasku okularki których i tak nie używam :( Zakupiłem czarnego SPECA u świrów w MK BIKE-u.